Wieś leżała tuż


„Wieś leżała tuż pod nami. Słychać było naszczekiwanie psów. W niektórych chatach zapalono już światła. Nasz dalszy szlak, wiodący w serce gór, odchodził od południowozachodniego krańca wsi, trzeba więc było nolens volens ryzykować przejście przez osiedla. Spuściwszy się zboczem, szliśmy cicho i ostrożnie wśród chat poprzeczną uliczką. Przeciąwszy główną, szeroką ulicę, skręciliśmy pod kątem prostym w część zachodnią osiedla, gdy nagle psy zaczęły ujadać głośniej, a po chwili z północnego
17 — Cieniom Września
krańca wsi padł pojedynczy strzał karabinowy. Zdawać się mogło, że zostaliśmy wykryci, toteż odetchnęliśmy z prawdziwą ulgą, wydostawszy się nareszcie poza obręb zabudowań.
Zaczynało już dnieć. Droga teraz pięła się stromo pomiędzy pastwiskami i resztkami zniszczonego lasu. Na prawo, w odległości paruset metrów, wiły się wśród zarośli dymy paru ognisk. Słychać było stamtąd głośne okrzyki pasterzy. Psy z ujadaniem pogoniły za nami i towarzyszyły nam przez czas pewien. Nareszcie ściana zwartego karpackiego starodrzewia rozwarła się przed nami. Droga zanikała stopniowo, aż przeszła w typowy karpacki płaj.
Była już siódma rano, gdy dotarliśmy do pierwszej połoniny. Mieliśmy za sobą 35 kilometrów nocnego marszu przez lasy, góry, wertepy. Czas było pomyśleć o dłuższym postoju. Inżynier S. i kapral C. szybko rozniecili ogień i uwarzyli herbaty. Po skromnym posiłku ułożyliśmy się do snu, ukryci w zaroślach. Obudziło nas słońce, które dopiekało już mocno, zaglądając do naszej kryjówki.“(1)